Bo kraść to trzeba umieć – czyli od majątku do schizofrenii

Z dala od bieżących tematów, którymi żyje świat. W cieniu kryzysu związanego z kolejną falą uchodźców, drugą nitką gazociągu Nord Stream, czy ilością umów śmieciowych wśród młodych Polaków toczą się ludzkie dramaty. Jedną z takich historii jest sprawa Marka Śnieżyńskiego. Śnieżyński, niczym się nie wyróżniający absolwent Uniwersytetu Łódzkiego toczył normalne, niczym nie odbiegające od przyjętych norm życie. Problemy i kłopoty zaczęły się dopiero wówczas, gdy w jego małżeństwie nastąpił kryzys i jego następstwem doszło do rozpadu związku. Śnieżyński ożenił się z córką szefowej kuratorów sądowych w podłódzkiej miejscowości oraz profesora Uniwersytetu Łódzkiego. Żenimy się zazwyczaj z kimś, i to, kim są jego rodzice jest sprawą drugorzędną. Zazwyczaj. W tym przypadku było inaczej, ponieważ gdy w małżeństwie zaczęło się psuć, do akcji wkroczyła teściowa. W tym konkretnym przypadku uosobienie wszelkich negatywnych przypisywanych teściowej cech. Teściowa postanowiła, mając kontakty zarówno w środowisku policji, lokalnych służb jak i światku przestępczym nie czekać na wyroki sądu, podzielić majątek i aby przypadkiem wnuczka nie trafiła pod strzechy taty, uczynić z niego wariata.

W początkowym etapie „wojny” pomiędzy małżonkami, teściowa Marianna Przedpolska-Wąs wypowiedziała słowa, których Śnieżyński nigdy nie zarejestrował, albo przystaniesz na nasze warunki, albo skończysz jak ojciec...Co ciekawe sam Śnieżyński wówczas, nie mając dostępu ani do akt osobowych ojca w ABW, ani nie znając tzw. danych drażliwych o samym ojcu, z którym kontakt miał sporadyczny niewiele wiedział o przejściach swojego taty w latach 80-tych.

Na dobre zabawa w robienie wariata lub nazwijmy to oględnie gra w mafię zaczęła się pod koniec 2011 roku. Śnieżyński traci pracę w departamencie Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Urzędujący dyrektor zwalniając go sugeruje wprost, że ma to związek z jego konfliktem rodzinnym, potwierdzają to również pracownicy kancelarii tajnej, sugerując, żeby ów nikomu nie ufał. Padają też pierwsze sugestie, że Śnieżyński cierpi na choroby psychiczne.


Śnieżyński, który parę miesięcy wcześniej wyprowadza się od żony do Łodzi, w obawie, że ta będzie fingować sytuacje sugerujące przemoc ze strony męża, zauważa, że z mieszkania stopniowo zaczynają ginąć rzeczy. Pojawiają się natomiast rzeczy, które wcześniej miała żona. Działania teściowej zmierzają do wywarcia wpływu w toczących się procesach sądowych dotyczących bezpośrednio jej córki. W początkowym etapie Śnieżyński zgłasza owe fakty na łódzkim komisariacie przy ul. Wodnej. Policja reaguje jednak ospale, spisują protokoły, kolejne dochodzenia są umarzane. Nigdy żadna ekipa techników nie odwiedzi mieszkania Śnieżyńskiego na łódzkim Widzewie. Żona Śnieżyńskiego, na co dzień dobrze zarabiający pracownik warszawskiej firmy badawczej rozprowadza wśród znajomych informacje, jakoby jej mąż cierpiał na schizofrenię i miał problemy psychiczne.

Sam Śnieżyński twierdzi, że przypisywanie schizofrenii i zaburzeń psychicznych ludziom, wobec których prowadzi się jakieś działania ze strony służb, czy zwyczajnie środowisk mafijnych jest metodą sowiecką, w jedynym liście jaki napisze do Prezes Sądu w Zgierzu, podaje: rozumiem, że moja teściowa, zanim rozpoczęła u Państwa pracę była rusycystką, a jej mąż, a mój były teść jest profesorem myśli rosyjskiej na Uniwersytecie Łódzkim, ale czy to oznacza, że Polska jest dobrym gruntem do wdrażania sowieckich praktyk, których efektem było wtrącanie dysydentów do radzieckich psychuszek.


Zanim jednak nastąpi definitywny rozwód, a sam Śnieżyński skryje się w łódzkim szpitalu psychiatrycznym, licząc, że pasmo jego nieszczęść w końcu się skończy, nastąpi szereg dziwnych okoliczności.
Po utracie pracy w UKE, Śnieżyński dostaje wezwanie z łódzkiej komedy, mieszczącej się wówczas przy ul. Żeromskiego. Ponoć spowodował wypadek i uciekł z miejsca zdarzenia. Z mieszkania wciąż znikają drobne przedmioty. Śnieżyński znając ociąganie się łódzkiej policji postanawia nie zgłaszać faktów drobnych zaginięć. Regularnie, niemal, co tydzień lub dwa ktoś odwiedza jego mieszkanie, nie pozostawiając śladów włamania. Jednym razem ktoś odepnie płytę gazową od kuchenki, innym razem dokona w mieszkaniu drobnych uszkodzeń, w taki sposób, aby było jasne, że musiała nastąpić ingerencja osób trzecich, na przykład ktoś wyciągnie cięgno wagi łazienkowej na zewnątrz. Z mieszkania giną rzeczy o stosunkowo niskiej wartości, świeżo zakupiony żel pod prysznic, ręcznik z wieszaka. Ktoś przebije opony w rowerze, i zginie przy okazji pompka do roweru, zginie parę wyprasowanych koszul, zegarek. Itd. itd. W tej sytuacji nawet człowiek normalny zaczyna się w końcu czuć nieswojo, do jego mieszkania można wejść i wyjść. Zabrać co się chce i zastraszyć. Śnieżyński nie wie, co robić. Wie, że ktoś daje mu sygnał, i chce zapewne żeby się bał. W toczącym się postępowaniu sądowym pilotowana przez teściową córka i była żona Śnieżyńskiego przedstawia swojego męża jako alkoholika, bezrobotnego i schizofrenika. Z tych trzech rzeczy właściwie jedynie brak pracy jest faktem. Po tym jak stracił pracę w UKE, wyjechał do Niemiec, gdzie pracował na budowie, także tutaj po jakimś czasie ktoś go znajduje, znów giną drobne rzeczy gumowe obuwie potrzebne do pracy, ale też dzieje się coś ciekawego, ktoś używa auta Śnieżyńskiego i rozjeżdża ogródek Niemca, u którego pracował. Niemiec potrąca 400 euro z wypłaty i go zwalnia. Idealna linia ataku w sądzie: Snieżyński, nie dość, że cierpi na manię prześladowczą, i twierdzi, że ktoś go okrada, to jeszcze ciągle traci pracę, oczywiście autem rozjechał ogródek po pijaku...


W tym całym okradaniu chodziło o jedno, Śnieżyński posiadał z żoną ćwierć miliona złotych zdeponowanych w GetinBanku. Mieszkanie w Łodzi, mieszkanie w Warszawie, auto Volvo. Pani kurator Przedpolska-Wąs dobrze wiedziała, że taki majątek należy się zgodnie z prawem także w pewnej części Śnieżyńskiemu. Nie liczyło się dla niej, że Śnieżyński chciał odzyskać jedynie to, co w z własnej kieszeni w mieszkanie włożył.


Zanim 16 maja 2009 r. Śnieżyńscy się pobrali, zięć Pani kurator posiadał przedmałżeńską lokatę założoną w placówce GetinBanku przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie na kwotę 70 000 zł. W 2012 roku okaże się, że być może w wyniku błędu, albo celowego działania ktoś usunął historię lokat sprzed ślubu. A to oznacza, że Śnieżyński żenił się goły i nic mu się w takim razie nie należy.

Śnieżyński po tym fakcie, oraz po tym jak ktoś dokonywał zmian w zaplanowanych przelewach w jego rodzimym banku, zaczął się bać. Nie wiedział do końca o co chodzi teściowej, znajomi się odwrócili, bo dla człowieka który zna świat jedynie z telewizji, i gazet, autorytet profesora Uniwersytetu i pracownika Sądu jest dość duży. Wciąż ktoś odwiedzał mieszkanie, kolejną pracę w łódzkim Dellu stracił, gdyż wylądował z bardzo złymi wynikami EKG w szpitalu. Tego feralnego dnia po drodze minął radiowóz, jego numery ma zapisane do dziś, z radiowozu wysiadło dwóch Panów i machało pompką rowerową, taką samą jaka zginęła parę dni wcześniej z jego mieszkania.

Śnieżyński się poddał, chciał już mieć za wszelką cenę spokój. Poszedł do lekarza psychiatry i poprosił, żeby ten umieścił go w szpitalu. W szpitalu spędził w sumie 5-6 miesięcy. Słynny niemiecki przypadek Gustav Mollath, który składał zeznania oskarżające wobec byłej żony, sugerując jej pranie brudnych pieniędzy w bawarskim oddziale HypoVereinsbank, spędził w psychiatryku 6 lat.




Śnieżyński ma w Polsce córkę, przyjeżdża regularnie ją odwiedzać, z uwagi na orzeczoną schizofrenię nie ma ustalonych praw do widzeń. Teściowa i była żona są w jego towarzystwie niezwykle spięte. Przedpolska-Wąs zazwyczaj milczy, a jeśli już pada jakiś temat dotyczący wychowania córki, wbija swój wzrok w zięcia, próbując wywrzeć psychologiczną presję. I na ogół nie odzywa się ani słowem, jej zadaniem jest zastraszyć, ale nigdy nie robi tego osobiście. W białych rękawiczkach. Ona po prostu wie, że cokolwiek powie, może zostać użyte przeciwko niej.

Śnieżyński powziął sobie za cel pomagać ludziom, których spotkały podobne historie. Utraconych pieniędzy, zdrowia i nerwów już nie odzyska, ale może pomóc innym, wobec których, grano przy rozwodach nie fair. Na pewno wśród nich część mogą stanowić osoby, u których stwierdzono manię prześladowczą, wszak przecież w Polsce oficjalnie nie ma mafii... A każdy kto twierdzi inaczej i opisuje swoje quasi kryminalne historie idealnie pasuje do jednostki chorobowej jaką jest schizofrenia. A co z tymi, których ktoś rzeczywiście prześladuje?

Historia Śnieżyńskiego wciąż się toczy. Ostatnio nawet całkiem dobrze. Wyjechał z Polski, rozpoczął nowe życie, o Łodzi, Zgierzu, Aleksandrowie Łódzkim mówi: jeden drugiemu coś załatwi, jeden przymknie oko na drugiego. Bo jak mi powiedziała kiedyś była małżonka – kraść trzeba umieć. A mało miasteczkowe elity, sam wiesz, lekarz zna prawnika, prawnik prokuratora, a prokurator policjanta... Gdzie miałem pisać, do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka... 80 tys. już nie odzyskam, jak zginęły z serwera w Getinie, to teściowa musiała mieć dojścia... Najważniejsze, że nie dałem się nigdy w te prowokacje wciągnąć, nie przebiłem teściowej opon, ani nie zatłukłem jej siekierą. Nie znam się na prawie, nie mam kontaktów ani w policji, ani w CBŚ. To jest moje zwycięstwo.

Historia Śnieżyńskiego to przykład jak wiele można w Polsce zrobić na granicy prawa. I jak bardzo można człowiekowi uprzykrzyć życie. Cel: uratowanie 250 tysięcy złotych w rodzinnym majątku córki Pana Profesora i kierownika kuratorów sądowych. Takich historii może być więcej, zwłaszcza gdzieś z dala od Warszawy, w małych miasteczkach, gdzie lokalne elity, które elitami stały się dopiero w pierwszym pokoleniu, nie do końca rozumieją, na czym polega wypełnianie władzy.


Imiona i nazwiska głównych bohaterów zostały zmienione.
Trwa ładowanie komentarzy...