O autorze
Marcin Hofman - socjolog, łodzianin, miłośnik turystyki zarobkowej, podróżnik, krytyczny obserwator przekazów medialnych, ojciec 6-letniej Heleny, kibic piłkarski.

Antyklerykalizm w Polsce, czyli benzyna w silniku diesela.

Znam wielu naprawdę fajnych i rozsądnych ludzi, którzy gdy w towarzystwie pada słowo kościół i księża dostają białej gorączki. Na hasło Tadeusz Rydzyk wpadają w białą furię. Z zapamiętaniem lajkują na Facebooku fanpage drwiące z Tomasza Terlikowskiego. Każdy z nas przeżył to na pewno. Gdzieś w trasie na autostradzie w eterze nagle rozbrzmiewa katolicki głos z Torunia. I nie jeden raz słuchając tego, co tam mówiono, wykrzywialiśmy twarz, a grymas bólu odznaczał się na skroniach, ale żeby od razu robić z tego punkt swojego programu politycznego. Przejechał się na tym mocno Janusz Palikot. Nie wiem jaką krzywdę musiał pewnym środowiskom wyrządzić Kościół Katolicki, że pałają do niego taką nienawiścią. Rozumiem, że taką alergiczną reakcję wobec kościoła może mieć ktoś skrzywdzony przez jakiegoś duchownego, który zaglądał mu w młodości w miejsca zarezerwowane dla lekarza i łóżkowej partnerki. Ale choć te przypadki są nagłaśnianie, to w całej masie stanowią jedynie promil kontaktów wiernego z duchowieństwem.

Badania dotyczące składu duchowieństwa są raczej tajemnicą samego episkopatu. Pamiętam jeszcze ze studiów, że podobnie jak to miało miejsce w całym PRL-u, tak i w szeregach kościoła miał miejsce ogromny awans społeczny. W całym tym przekroju i całej masie mogą znaleźć się przypadki, które odstają od norm uznanych w społeczeństwie.



Leszek Jażdzewski z Liberte wezwał ostatnio do usunięcia religii ze szkół. Wychowałem się w Łodzi, mieście, gdzie odsetek osób biorących regularnie udział w mszy świętej jest jednym z najniższych w Polsce. Rodzina była daleko od idealnego wzorca katolickiej rodziny. Nie było patriarchalnego wzorca ojca, który przynosił do domu tyle, że kobieta mogła oddać się wychowaniu i wydawaniu na świat kolejnego potomstwa, wychowując je według katolickich wzorców. Zarówno babcia jak i mama musiały ciężko pracować. Wzór to raczej typowy dla robotniczych rodzin, typowy dla Łodzi. Pamiętam lekcje religii z liceum. Nie było wtedy smartfonów, gdyby były, pewnie wszyscy ślęczeliby nad facebookiem i youtubem zamiast słuchać przynudnawych prelekcji katechety. Słuchaliśmy tego, co mówiła katechetka z niedowierzaniem, a nasze myśli błądziły w odległym kierunku. Współczuliśmy katechetce, bo musiała włożyć naprawdę sporo wysiłku, żeby doprowadzić nas do porządku. Ale jednak na nią chodziliśmy, i próbowaliśmy okazywać zrozumienie. Protestowały jedynie koleżanki, które miały już inicjację seksualną za sobą i nie mogły pogodzić się z kościelną wykładnią antykoncepcji (Tak, chodziłem do postępowego łódzkiego liceum i miałem postępowe koleżanki).

Choć zabrzmi to obrazoburczo, to ofertę Kościoła traktuję na równi z ofertą kina i teatru. Jeśli jakieś kazanie mi się spodoba, a naprawdę fajne kazania padają z ust ojców Dominikanów, to czuję się po wyjściu z kościoła, jak po wyjściu z kina po obejrzeniu dobrego filmu. Jeśli ksiądz natomiast grzmiał z ambony, to czuje się jakbym oglądał polską kronikę filmową z przemówieniami Gomułki. Jestem zniesmaczony, ale i lekko rozbawiony. Tak, dla sekty radiomaryjnych, jestem zimnym obrazoburcą, dla pozostałych wiernych tzw. letnim katolikiem. Mieszkając w Krakowie poczułem, że właściwie chodzenie na mszę jest jakoś wpisane w definicję tego miasta. Taki jest jego klimat, kiedy wychodzisz po pracy i w środku tygodnia mijasz wypełniony przez młodych yuppies z pracy kościół przy rondzie mogliskim,, to naprawdę pragniesz wstąpić do środka. Albo odwiedzasz w pogodny dzień Sanktuarium w Łagiewnikach, skąd wjeżdzając windą można podziwiać panoramę południowego Krakowa. Albo kościół dominikanów przy konsulacie USA, skąd po mszy tak blisko na Planty i Rynek. Choć tamte wnętrza były chłodne i za bardzo trąciły średniowieczem. No i nie zapomnę też jak z moją małą córką Heleną chodziłem na Freta w Warszawie, by pod bokiem Dominikanów na Nowym Mieście, pobawiła się z innymi szkrabami.

Ale też nie ma co się oszukiwać. Prawdy wiary, podobnie jak ta religia w liceum, są mi o wiele dalsze o nauk matematycznych. Próbowałem czytać biblię, ale w większości moje zainteresowanie ograniczało się do nazw miejscowości w Izraelu, które z GPS-em marki Garmin chciałbym zwiedzić. Zwyczajnie były dla mnie trudne i dla mojego ścisłego, analitycznego umysłu niezrozumiałe. Więc między Bogiem a prawdą, jestem jako katolik-turysta bliżej prawdy. To co decyduje, że idę na mszę do tego a nie innego kościoła, to te same czynniki, które wybieram idąc do tej lub innej restauracji. Wystrój wnętrza i treść podawanych dań. A przecież w założeniu do Kościoła się chodzi na spotkanie z Bogiem.

Mimo tego nie wyobrażam sobie Polski bez Kościoła. I wszyscy, którzy Kościół demonizują, przeceniają jego wpływy, bowiem Kościół, którym straszy się równie ochoczo jak PIS-em, to współcześnie tylko jedna z kilku alternatyw na spędzenie przyjemnie weekendu. I moim zdaniem na tym wpływy Kościoła na umysły Polaków (z jego kilkoma niewielkimi rozgłośniami radiowymi, oraz niszowymi mimo wyników czytelnictwa Niedzieli tytułami prasowymi) się kończą. A bez portali Deon i Fronda i bez wymiany ognia pomiędzy nimi i ich oponentami życie byłoby zwyczajnie intelektualnie uboższe, żeby nie powiedzieć nudniejsze.

Bo z antyklerykalizmem w debacie publicznej jest jak z laniem benzyny do silnika diesela. Niby nic się nie stało, ruszamy, wydaje nam się, że daleko zajedziemy, a po 5 km nagle STOP! Przejechał się na tym Ruch Palikota, przekona się o tym nie jeden rozpierany ambicjami działacz lewicowy. Bo podobnie jak silnik wysokoprężny nie został stworzony dla benzyny, tak i polskie społeczeństwo w swojej masie nie trawi tego paliwa politycznego. Janusz Palikot to zrozumiał, gdy w końcu swojej kampanii zaczął eksponować najbardziej uniwersalną pod wieloma szerokościami geograficznymi i ciepłą wartość – rodzinę. Niestety było już za późno.

Wyjątki od tej reguły są dwa. Pierwszy to Marek Siwiec i jego pamiętne przywitanie z helikoptera ziemi kaliskiej. A drugi to Jerzy Urban, który umie grać z Kościołem i wie, jak się ubrać na spotkanie w studiu Polsatu. On jest tak autentyczny w swoim antyklerykalizmie, że gdyby nagle przedstawił się jako przykładny ojciec rodziny i grzeczny katolik, to zwyczajnie stałby się nudny i przestalibyśmy go słuchać i oglądać. Ale oba przypadki to świetnie wkomponowany humor sytuacyjny, a nie paliwo polityczne w postaci chamskiego, werbalnego ataku na kler.
Trwa ładowanie komentarzy...