O autorze
Marcin Hofman - socjolog, łodzianin, miłośnik turystyki zarobkowej, podróżnik, krytyczny obserwator przekazów medialnych, ojciec 6-letniej Heleny, kibic piłkarski.

Polityka to bardziej zarządzanie kasą niż ideologiczny teatr. Polska potrzebuje Trzeciej Drogi.

Dzisiaj będzie o wiarygodności. Rzeczy jak ważnej w życiu publicznym, bez której trudno budować publiczne zaufanie.


Był rok 1998 r., zaczynaliśmy studia jako młodzi, pragnący zmienić rzeczywistość i świat. Skażeni chorobą wieku młodzieńczego, z perspektywy czasu, widzianą jako naiwność. Pamiętam ówczesne autorytety i wagę, jaką przywiązywało się do słów, które wypowiadali. Na topie było wówczas uchodzące za intelektualne, proeuropejskie i liberalne środowisko Unii Wolności. Internet nie był tak popularny, choć stawialiśmy pierwsze kroki używając Altavisty zamiast Google. Nie było memów ani demotów, śmieszne rzeczy wrzucało się w pliku .pps jako załącznik. Ale była Gazeta Wyborcza ze swoimi wówczas wyważonymi i ciekawymi tekstami. Nie było tak szerokiego spektrum dyskusji, bo i gdzie miałaby się ona odbywać. Za to mieliśmy nasz NZS, a po drugiej stronie byli Ci, którzy grali w drugiej, ideologicznie odległej wówczas drużynie – ZSP. No więc w uproszczeniu my "czarni" z liberalnymi postulatami mniejszych podatków, dekomunizacji życia publicznego, a po drugiej stronie "czerwoni". Ale – i piszę to bez cienia przesady – ze wzajemnym szacunkiem i dla przeciwnika, i dla gadających głów, przemawiających z ambony autorytetów. Wchłanialiśmy wszystko jak gąbka, unikając jednocześnie ekstremy. I w tym miesjcu przypomina mi się spot reklamowy cukierków Werthers Original, mężczyzna opowiada, jak był młody. A na końcu konstatuje: dziś sam jestem dziadkiem. Ja ma ochotę napisać: dziś sam jestem "czerwony".



Lata mijały i zaczął się proces odbrązowienia, wszyscy Ci, którzy wygłaszali swoje idee i poglądy, zaczęli jakoś stawać się mniej wiarygodni. Pojawił się internet jako medium swobodnej wymiany myśli, z czasem część ludzi wyjechała z Polski i zetknęła się z zupełnie innym światem, gdzie gra toczy się według innych reguł. Te wielkie autorytety, że choćby wspomnę tylko Adama Michnik, Andrzeja Wajdę jakoś straciły na wyrazistości. Nie mówiąc już o przypadkach zupełnego upadku jak Andrzej Samson. No bo Tomasz Karolak, to wtedy grał jeszcze pewnie w kapsle na szkolnym boisku. Wiarygodność więc blakła, bo i autorytety wydawały się zbytnio uwikłane w ten ideologiczny teatr. Apogeum upadku wiarygodności nastąpił chyba w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej, choć pewne oznaki było już widać od kilku lat. Ikonami upadku wiarygodności dla wielu jest kilka tytułów prasowych i stacji telewizyjnych. Ale też trzeba przyznać, że są ludzie, którzy mimo upływu tego czasu wciąż ją zachowali. Na przykład Bogdan Rymanowski, również były członek NZS, które swoje pierwsze dziennikarskie kroki stawiał w "Gwoździu Programu".

Do elit większość z nas, czytających te słowa nie należy, ale też nie jestem przekonany, czy tak naprawdę chciałoby się w tym środowisku funkcjonować. Najfajniejsza na świecie jest niezależność. Wolność od kredytu, zobowiązań, ale też wolność od pewnego towarzyskiego czasem politycznego układu. Gdy ciężko pracujesz, jednego możesz być pewien, żadna zmiana władzy nie wpłynie na Twoje życie, bo ty i tak będziesz musiał dalej ciężko pracować.

Ale załóżmy, że przez przypadek znalazłbym się po drugiej stronie barykady, tzn. załapałbym się na pociąg do publicznych pieniędzy (tak, nie do żadnej kariery, bo to jakaś mrzonka, żeby 20 lat pracować w jednym miejscu i na kilka lat przed emeryturą dostać wypowiedzenie, bo pracodawca ma prawo dowolnego doboru kadr bez podania wyraźnej przyczyny). Nigdy nie stałem na właściwym dworcu. Ale już zakładając, że ja, prosty facet z brudnymi po pracy rękoma jakoś w wyniku uroku osobistego, koneksji towarzyskich, zbiegu okoliczności i łutu szczęścia albo nieszczęścia, załapałbym się na ten pociąg do publicznej kasy.

Jak wówczas zachowują się ludzie? Jak zachowałbym się ja... Poddaję uwadze dwie strategie. Jedni czerpią z tej kasy, ale zachowują przy tym instynkt samozachowawczy. Starają się zanadto nie wychylać. Wiedzą, że lepiej jechać w tym wagonie, ale w razie "W" można z niego wysiąść i spojrzeć sobie w lustro. Poza tym po co ściągać na siebie uwagę... Nie epatować zarobionymi pieniędzmi, ani nie angażować się w polityczno-ideologiczny teatr. Bo w sumie po co... Problemy środowiska LBGT, antyklerykalizm, szydzenie z Jarosława, apoteoza działań Bronka i PO, tragedia smoleńska to nie jest ich bajka. Są pragmatykami. Myślą bardziej o swoich rodzinach, o tym co pozostawią po sobie swoim bliskim. Choć jakoś w tym układzie uczestniczą, choćby skończywszy kurs na członka rady nadzorczej, startując w publicznych przetargach albo piastując mniej lub bardziej publiczną funkcję.

Najgorsi są Ci drudzy, mają fundacje/stowarzyszenia, jak to pewien internauta ostatnio trafnie napisał "w 98% w kieszeni jakiegoś ministra". Dostają od władz miasta lokale w najbardziej ekskluzywnej okolicy, często przy głównej ulicy, z myślą o działalności kulturalno-oświatowej. Prowadzą tam swoje kawiarnie, głosząc jedynie słuszne poglądy. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo żadna kasa nie śmierdzi, zwłaszcza ta publiczna, nie trzeba wstawać o 4 rano, do fundacji można wciągnąć wolontariuszy, za długopis z logo fundacji/stowarzyszenia, kubek, wypożyczonego laptopa i tańsze piwo w knajpie obok, będą robić robotę jak należy: rozpowszechniać dobre słowo na portalach społecznościowych, zapraszać innych i utwierdzać ich w przekonaniu, że chcemy coś zmienić. W istocie nie zmieniamy nic, a utrwalamy status quo. Za wolontariuszami stoją też rzędem pożyteczni idioci, którzy nie biorąc ani grosza za hejt lub internetowy support są przekonani, że chodzi wyłącznie o idee i ideologię. O to, że PIS jest taki fuj, a PO takie fajne lub odwrotnie, o tym, że należy czcić Jana Pawła, tragedię smoleńską i Powstanie Warszawskie. Że to główny cel wolnej Polski. Tak, jakby nie było rzeczy istotniejszych i ważniejszych. I cała masa spin doktorów, aktorów, ludzi ze świata kultury i nauki, którzy chcą pomóc jako tzw. endorsement i wesprzeć któregoś z kandydatów lub którąś ideę, a są po prostu zwyczajnie niewiarygodni. Tak jak niewarygodne są NGOs, które za niemały grancik, będą głośno tupały wieszcząc upadek demokracji i katokalifat z jednej strony, lub upadek cywilizacji chrześcijańskiej i zatracenie polskości z innej. W istocie chodzi bowiem w znacznym stopniu o przepływ strumienia finansowego.

Kiedy zbliżają się wybory, wielu z tych którzy czerpią z publicznych pieniędzy i jakoś funkcjonują w tym obiegu, bo mają np. jakiś niszowy tytuł prasowy, który utrzymuje się z całostronicowych reklam jakiejś średniego znaczenia spółki z udziałem skarbu państwa albo gminy, albo Ci, którzy dostają znaczne dotacje na nie do końca bliżej określoną działalność, zaczynają podnosić larum. Bo zwyczajnie biznesplan może się sypnąć, może zmienić się władza i roczny budżet rzędu np. 900 tyś. może uciec koło nosa. Można też stracić lokal przy głównej ulicy i utną się zyski z prowadzenia kawiarni. Gdyby na scenie pojawiła się jakaś siła polityczna, która za cel obrałaby sobie upublicznienie, jak i gdzie płyną pieniądze podatników, od poziomu najwyższych władz centralnych po gminy, gdyby do tego istniał jakiś przejrzysty portal, gdzie Kowalski mógłby to zweryfikować, to nie wiem czy nie straszono by nią bardziej niż PIS-em, Kukizem, gejami i klerem razem wziętymi. Próbowaliście kiedyś wygooglować, ile wasze miasto wydaje i na co? Albo jak wyglądają budżety poszczególnych ministerstw? Ja mam z tym problem, ale chętnie się od Was dowiem, jak to zrobić.

I tu pojawia się pytanie, albo do studia radiowego, telewizyjnego, do debaty publicznej, powinno się zapraszać głównie ludzi z cenzusem majątkowym, którzy mają tyle wolnych środków na koncie, że nie muszą już podlizywać się władzy (za próg przyjmijmy 10 mln złotych bez obciążeń kredytowych i skarbowych). To podejście nazwę konserwatywno-liberalnym.

Albo wybierzmy podejście socjaldemokratyczne. Zrozummy, że człowiek jest osią wszystkiego. Że jeśli nam się udało, to trzeba wyciągnąć rękę do tego, któremu się nie udało. Nie budować własnych politycznych karier. Ale skupić się na pomocy innym. Na tym, aby nie pozostawić człowieka samemu sobie. Ale z tym wiąże się niestety znaczące przekierowanie środków publicznych z miejsc, do których one teraz płyną, w kierunku zwykłego, normalnego człowieka.
W Europie Zachodniej pomoc socjalna jest tak rozwinięta, że dofinansowanie od Państwa w zależności od poszczególnych krajów można otrzymać na: psa, metadon (jeśli jest się heroinistą), samochód (jeśli masz daleko do pracy), prostytutkę (jeśli jest się niepełnosprawnym), wakacje lub wesele (jeśli jest się ubogim). Nie mówiąc o rzeczach tak oczywistych jak mieszkanie, czy żywność. I wszystkie te przywileje dotyczą przeciętnego Smitha, Schmidta , Peetersa i Murphy'ego. Nie są przywilejami władzy.

Władza to obok ideologicznego teatru strumień ogromnych pieniędzy. Wielu chciałoby umoczyć nogi w tym strumieniu. Jeszcze inni chcieliby ów strumień zawrócić kijem. Struktura podziału środków publicznych to piramida. Na górze jest duża firma, pod nią są średniej wielkości podwykonawcy, na dole Kowalski ze swoją małą firemką. Czy w polityce na pewno chodzi o to, jaki front ideologiczny dzierży akurat władzę? A może po prostu o to, jak jest redystrybuowany dochód narodowy i to wszystko, co sami do budżetu wpłacamy jako podatnicy?

Kukiz wniósł wiele świeżego powiewu w te zmurszałe progi gmachu, który nazywa się Polska. Problem w tym, czy ma na tyle dużo środków własnych, że jeśli przekroczy tę granicę i wejdzie do świata polityki, to czy kasa publiczna i przywileje władzy nie podziałają na niego jak eliksir, który odczaruje tego twardo stąpającego po ziemi antysystemowca i nie zamieni go w kolejnego, zadowolonego z siebie reprezentanta elit.
Trwa ładowanie komentarzy...