Między Wschodem a Zachodem

Obszar graniczny pomiędzy dawnym NRD a RFN to dla pasjonata historii nie lada gratka. Niemiecką autostradą A4 przejeżdża codziennie setki Polaków, gdyż jest to główny trakt wiodący z Wrocławia, przez Niemcy do Francji, Luksemburga i Belgii. Nieopodal miasta Eisenach znajduje się duża stacja Shell. Owa stacja jest często odwiedzana przez Polaków, a wśród kierowców tirów stanowi popularne miejsce nocnego postoju. Do 1989 roku znajdował się tu punkt graniczny dzielący Wschód i Zachód. Za stacją zaczynał się Sperrgebiet, obszar graniczny, należący formalnie do DDR, ale niezamieszkany.

Wstęp na ten obszar mieli jedynie patrolujący teren uzbrojeni pogranicznicy. Ruszając za Eisenach, na prawo od autostrady wznosi się kilkudziesięciometrowa, porośnięta gęstym lasem skarpa. Dla ewentualnego kandydata na obywatela wolnego Zachodu, pierwsza poważna zapora do pokonania. Już samo wspięcie się na nią mogłoby człowieka wyczerpać.

Myli się ten, kto myśli, że po przebyciu tego dystansu czekał już słodki Abendland, czyli po niemiecku Zachód. Od skarpy do granicy z Hesją rozciąga się kilkukilometrowy pas, dziś 25 lat po upadku muru, wciąż nieskażony ludzką ręką, obfitujący w roślinność, rzadkie okazy ptaków i innych zwierząt. Jadę w kierunku zachodnim do Dippach, mijam kolejne 10 – 15 km, pofałdowana w tym miejscu granica powoduje, że choć już jestem w dawnym RFN, to za chwilę jadąc autostradą znów jestem w NRD. Na prawo dziki las, po lewej stronie dolina, tak jak było dawniej, także i teraz pozbawiona większych skupisk ludności.

Zjeżdżam z autostrady w Gerstrungen. Na drogach lokalnych i co i raz znajduję się bądź w Hesji (dawne RFN) bądź w Turyngii (NRD), w wielu miejscach ustawione są tablice informujące o tym, że tutaj do 25 listopada 1989 do godziny 8 rano przebiegała linia dzieląca Europę na pół. Tak, Europę, na tablicy jest mapa pokazująca ów podział od Morza Bałtyckiego aż po Adriatyk. Mimo upływu czasu da się odczuć jak to musiało wyglądać. Po stronie zachodniej domy wręcz wpadają na obszar graniczny. W zachodnioniemieckim, położonym przy samym murze, Obersuhlu, ostatni dom znajduje się parę metrów od dawnego punktu granicznego. Po dawnej NRD-owskiej stronie pola, dziś zabudowane magazynem, w którym mieści się zakład produkcyjny i sklep Netto. Mimo trudności w osiedlaniu się w strefie przygranicznej dla zwykłego obywatela NRD, znajduje się tutaj kilka domów mieszkalnych, prawdopodobnie stanowiły mieszkania służbowe byłych żołnierzy enerdowskiego pogranicza. Kiedy przyjeżdżam w to miejsce pierwszy raz jest 4 rano. Około 9 rano udaje się do zakładowej kantyny, zamawiam jajecznicę. Jajecznica po niemiecku to trudne słowo, więc bufetowa od razu poznaje, że nie jestem Niemcem. Pytam czy to już zachodnie Niemcy czy jeszcze Wschodnie. Wir sind in dem Osten oder in Westen? Jetzt das ist Deutschland – odpowiada.

Czyli wszystko jasne, w 25 lat po upadku nie ma to już znaczenia. Ale wystarczy rzucić okiem na zabudowania w głównych uliczkach małych miasteczek, by zobaczyć, że jednak różnice są. Ciągnę więc dalej, a Wy to z tymi z Zachodu to się rozumiecie? Nie, no rozumiemy się, ale oni mówią innym dialektem.

Mieszkańcy przygranicznych miejscowości dawnej NRD tłumaczą inny językiem dialektem , ale warto pamiętać, że choć teraz mieszkają czasem na tej samej ulicy, to przez 45 lat chodzili do różnych szkół z różnym programem nauczania.



Wracam w kierunku Polski, znów wjeżdżam w dawny pas graniczny, zwany pasem dzikiej zieleni - Grünes Band. Przez kilka kilometrów ani zabudowań, ani stacji benzynowej, dzika, nieskażona od 1945 r. przyroda. Gdy droga zaczyna się poszerzać i z dwupasmowej przechodzi w trzypasmową to znak że wyjeżdżacie z dawnego RFN i wjeżdzacie do NRD. Tak, wiem, to zaskakujące, ale jest właśnie tak, nie odwrotnie. Jeśli będziecie tędy przejeżdżać, warto na chwilę zjechać z Autobahnu, by poczuć magię tego miejsca. Magię jedynego w swoim rodzaju miejsca - niedostępnego do 1989 r. i dla tych ze Wschodu i dla tych z Zachodu.

Można ani razu w życiu nie być w Warszawie, a kojarzyć Saską Kępę za sprawą piosenki Maryli Rodowicz i słynnej frazy: To był maj, pachniała Saska Kępa. W Niemczech niesłychanie fajnie mają łodzianie, za sprawą hitu Vikcy Leandros z 1974 roku pod tytułem: Theo, Wir fahren nach Lodz (Teodor, jedziemy do Łodzi).



Na początku wydawało mi się, że skoro Leandros tworzyła w Niemczech zachodnich to i ów hit powinien odcisnąć się wyłącznie w pamięci Niemców z RFN. Kiedy przedstawiłem się jednej z koleżanek mieszkającej w dawnym NRD (przy granicy z RFN), ona od razu zaczęła nucić ten szlagier. Tłumaczyłem sobie to tym, że mieszkając 10 km od dawnej RFN musiała nasłuchiwać zachodnioniemieckich stacji radiowych i telewizyjnych. Ale już kiedy pojechałem sadzić drzewka do położonego w Meklemburgii Güstrow, a pracująca ze mną w polu niemiecka traktorzystka zaczęła nucić tę piosenkę, osłupiałem. Zrozumiałem, że przepływ treści kulturalnych pomiędzy RFN a NRD, w przeciwieństwie do przepływu ludzi, istniał.

Traktorzystka obsługiwała zresztą traktor marki Belarus, co tylko pogłębiało surrealizm całej sytuacji, i choć było to w roku 2013, to miałem wrażenie, że wyjechałem na wymianę studencką w roku 1956 i biorę udział w czynie robotniczo-agrarnym. Posadzone drzewka rosną do tej pory. A ja do swojej kolekcji wrażeń dopisałem jeszcze prowadzenie białoruskiego ciągnika w dawnym enerdowskim pegeerze. Dlaczego Leandros śpiewająca o Łodzi zyskała taką popularność pozostaje zagadką do dziś. To trochę tak, jakby Irena Santor śpiewała o Czelabińsku albo Murmańsku. Sama Leandros jest ciekawą postacią na styku świata kultury i polityki. W 2006 r. odrzuciła propozycją kandydowania z ramienia CDU w berlińskich wyborach samorządowych. Ale już w 2007 r. kandydowała z ramienia socjaldemokratycznego PASOK w greckich wyborach parlamentarnych, bo jest nie tylko Niemką, ale przede wszystkim Greczynką.

My Polacy jesteśmy bardzo wyczuleni na to, co mówią i piszą o nas inni. Wystarczy, że jakiś szef FBI coś tam wspomni o polskiej winie, albo ktoś przez nieuwagę użyje nazwę polskie obozy koncentracyjne. Spotkałem się z opinią, że to nasze przewrażliwienie jest efektem kompleksu niższości wobec większych i potężniejszych mocarstw tego świata. Które, jak to w historii bywało trochę nas skrzywdziły, a w pewnych momentach zignorowały. Tak jak my teraz zresztą ignorujemy dramaty jeszcze słabszych i mniejszych - w Syrii, Afryce.

Niemiec jakby podświadomie wie, że możemy być przewrażliwieni, więc w stosunku do Polaka musi zachować odpowiedni takt. Niemiec więc poczęstuje cukierkiem, i na tematy historyczne wchodzić nie będzie. Niemiec z dawnego NRD do tego stopnia odcina się od (nie tylko nazistowskiej) przeszłości, że jak go zapytasz o Breslau i Danzig, to on ci odpowie, że zna tylko Froslav i Ktansk. Tym większe było moje zdziwienie, gdy wpadłem kiedyś do hotelu w Dreźnie na spotkanie z kierownikiem, na oko 35 letnim, a ten wziąwszy ode mnie dowód patrzy swoimi bystrymi oczyma, i mówi, aha zamieszkały w... i tutaj wyraźnie artykułuje... Litzmannstadt.

Dla niewtajemniczonych: Litzmannstadt to urzędowo obowiązująca od 1939 do 1945 r. nazwa Łodzi. Przyjęła się tak, jak mniej więcej Stalinogród w Katowicach. Gdybyśmy byli z siedzącym wówczas kolegą przewrażliwieni, to zapewne nagralibyśmy całe zajście i poprosili o interwencję polski konsulat albo MSZ. Bo przecież od dyrektora tego hotelu zależało nasze być albo nie być. Był dla nas takim autorytetem i miał nad nami taką władzę, jak szef FBI, ale postanowiliśmy przejść wokół tego incydentu bez większej histerii. Bo to przecież nie był żaden incydent, tylko zwykła męska rozmowa.

A w następnym odcinku będzie o tym, czy powinno się napotkanemu przygodnie Niemcowi, który w odruchu serca zatrzymał się na autostradzie widząc Polaka bez paliwa w baku, wypominać pradziadka nazistę, czy może już czas na pojednanie.

I o tym, dlaczego mieszkający w Niemczech Rosjanie są inspirujący i pomagają zrozumieć Rosję i Putina.
Trwa ładowanie komentarzy...