Dlaczego warszawskie elity nie rozumieją Polski

Ostatnie wyniki wyborów prezydenckich były zaskoczeniem dla wszystkich. Media głównego nurtu, socjologowie, środowisko Gazety Wyborczej, politycy, eksperci głowią się i troją, zastanawiając jak to możliwe, że młode pokolenie nie docenia trudu wywalczenia demokracji, transformacji i przemian pokolenia, które w nowy system wchodziło jako 30- i 40-latkowie. Czyli oględnie mówiąc współczesnych elit.

Jestem socjologiem. Kiedy kończyłem studia w 2004 r. przeniosłem się do Warszawy. Większość moich kolegów socjologów, mimo opinii o nieprzydatności studiów jakoś odnalazła się w rzeczywistości pierwszej dekady. Większość z rocznika 1979 lub 1980. Wielu zaczynało tak jak od pracy z zawodzie: w firmach badawczych, domach mediowych, agencjach reklamowych i PR. Duża część z nich bez specjalnej pomocy rodziców, w istocie dzięki pracy własnej i wykształceniu osiągnęło dość szybko pułap dochodów nieosiągalny dla zwykłego Polaka spoza Warszawy. Nie rzadko dostawali na start więcej niż zarabiali po 20 latach pracy ich rodzice. Przynajmniej ja i kilku moich znajomych mieliśmy takie szczęście. Dziś zarabiają nie mniej niż 6-7 tys. złotych netto, mają kredyty, ładne samochody, mieszkania w Warszawie i uważają się za wygranych. Nie rozumieją, tak jak niektórzy przychylni Prezydentowi Komorowskiemu rozgoryczenia dużej części młodych Polaków, tych, którzy przyszli po nich.


Już naszym rocznikom wmawiano, że najlepsze wisienki na torcie ktoś zgarnął przed nami. Pamiętam jeszcze z czasów studiów przekonanie, że lata 90. były czasem, gdzie po studiach znając w miarę angielski i podstawy systemu Office można było być pewnym zatrudnienia. Wchłaniały młodych absolwentów wchodzące na polski rynek zachodnie korporacje. Dla nas, wchodzących na rynek pracy w 2003-04 r. podobno została resztówka. Mimo tych obaw, ludzie odnaleźli miejsca pracy. Nieco złudnym jest przekonanie, które czasem również pada z ust elit, że ciężka praca i wykształcenie zapewni ci godziwą przyszłość. Wielu moich znajomych jest przekonanych, że powiodło im się, bo są tacy super. Dobrze wykształceni, rozsądni, inteligentni. I właśnie dlatego im się udało. A skoro komuś się nie udało, to prawdopodobnie przyczyna tkwi w nim samym. Bo przecież każdemu może się udać, nic tylko chcieć. Nic bardziej mylnego.

Część z moich kolegów humanistów bryluje w przeintelektualizowanych jak dla mnie, mocno kanapowych środowiskach Krytyki Politycznej, Liberte, Kultury Liberalnej. Próbują tworzyć diagnozy, często nietrafne, dokąd zmierza Polska, oceniać raz to prawą stronę sceny politycznej raz lewą.

I tak żyją w tym warszawsko-łódzkim sosie. Część jako freelancerzy w mieszkaniach po rodzicach. Pozostali zarabiając dobrze, za to z balastem kredytu na kolejne 25-30 lat. Uważają się za wygranych. A tych, którzy wyemigrowali za niedouczonych, nie przystających do brutalnych realiów rynku pracy, pozbawionych doświadczenia i kwalifikacji pechowców.

Od 2012 roku przebywam w środowiskach polskiej emigracji zarobkowej. Jestem socjologiem, ale nie przeszkadza mi to ciężko pracować na magazynach, w zakładach motoryzacyjnych czy innych miejscach gdzie są Polacy. Choć wielu moim dawnym kolegom ta praca wydaje się czymś niegodnym magistra, to w istocie jako socjolog mam tutaj więcej pola do obserwacji, niż nie jeden publikujący swoje diagnozy z poziomu warszawskiej redakcji socjolog. Polacy zagranicą to przeciwległy biegun wobec kanapowego, mającego jedynie pozory elitarności, środowiska socjologów, dziennikarzy, urzędników czy pracowników średniego i wyższego szczebla tzw. Warszawki. Mógłbym użyć słowa Mordor, ale on kojarzy mi się raczej z korporacyjnymi wyrobnikami niż stołecznym think tankiem.

Każdego miesiąca do miejsca, gdzie mieszkam przybywa kolejna grupa Polaków. W zdecydowanej większości bez cenzusu akademickiego. Przyjeżdżają załadowanymi do granic możliwości, wartymi 500 może góra 1000 Euro samochodami. Przeważają tablice z dolnośląskiego, zachodniopomorskiego, opolskiego, kujawsko – pomorskiego, lubuskiego i wielkopolskiego. To w pewnym sensie logiczne. Wszak mają bliżej niż Ci ze wschodniej części Polski.

Początki są zawsze trudne. W pierwszym miesiącu nasza firma wiedząc, że przyjechali z Polski wypłaca im zaliczki, aby jakoś dotrwali do pensji. To śmieszne biorąc pod uwagę, że ceny żywności są zbliżone do polskich. Pierwsze miesiące to czas selekcji. Nie każdy wytrzymuje ten okres próby poza krajem. Tradycyjnie dość szybko odpadają mężczyźni z chorobą alkoholową. Niestawienie się do pracy przez kilka dni z rzędu kwalifikuję się na deportację. Innym kryterium selekcji jest znajomość języka. Kto zaciśnie zęby i przetrwa ten casting, ten o przyszłość może być spokojny. Wśród moich podopiecznych niewielu jest magistrów bądź inżynierów. Nie wielu jest też takich, którzy mówią dobrze po niemiecku. Wszak gdzie mieli się tego języka nauczyć. Rzucili swoje zajęcia w Polsce, gdzie mogli liczyć na 1500 do maksimum 2000 zł wynagrodzenia na rękę, i wyruszyli w nieznane.

Po pół roku od przyjazdu zostają już ci z twardym postanowieniem pozostania w Niemczech. Czeka na nich nagroda, prawie zupełnie bezpłatny, dofinansowany przez Bundesamt kurs integracyjny, gdzie poznają od podstaw jęz. niemiecki. I otwierają się nowe możliwości, z kilkoma tysiącami euro w kieszeni, mogą już spokojnie pomyśleć o mieszkaniu bądź samochodzie. I powoli stopniowo dochodzą do poziomu życia w Warszawie, choć nie kończyli studiów na SGH, nie mają certyfikatów językowych ani udokumentowanych studiów podyplomowych. No i przede wszystkim bez obciążenia kredytem hipotecznym na 30 lat. W Niemczech kredyt hipoteczny bierze się w przypadku chęci zakupu domu z działką, mieszkania w blokach dostaje się właściwie od ręki. Trzeba jedynie udać się do spółdzielni, podpisać umowę najmu, wpłacić kaucję i już... Kiedy już Polak z Polski B ogarnie pracę i poczuję pewność zatrudnienia wprowadza się do swojego pierwszego M, na które w Polsce nie miałby szans, nie mówiąc o wiarygodności kredytowej pracując na tym samym stanowisku.

Kiedy upłynie kolejnych kilka miesięcy Polak zacznie ściągać powoli krewnych. Ma już mieszkanie, gdzie może ich zaprosić i swobodnie przenocować. Krewni przyjeżdżają swoimi wartymi 500 góra 1000 Euro, zapakowanymi po brzegi autami, zaopatrzeni także w rozmówki, słowniki i wolę rozpoczęcia życia poza krajem. Strategie podejmowane przez młodych emigrantów, którzy wypięli się na Polskę są różne. Jedni żyją z dnia na dzień, inni oszczędzają z myślą o zakupie domu lub działki w Polsce, a są i tacy, jak jeden poznany mi ostatnio przypadek, który zdecydował się na wzięcie kredytu na zakup wartego 20 000 Euro prawie nowego Audi A6. Będzie spłacał ten kredyt kolejnych kilka lat, pracując jako pomocnik budowlany. Rzecz niewyobrażalna w Polsce. Tutaj urzeczywistnił swoje marzenia.

Sukcesy Kukiza, Korwina i wielu innych antysystemowców to pokłosie tego co dzieje się na prowincji od kilku lat. Zamiast przegadanych wywodów w stylu "Co z tą Polską" albo przeintelektualizowanych tekstów KryPy czy Kultury Liberalnej, samo sedno... Jeśli już człowiek ma być niewolnikiem kredytu w Polsce, to już lepiej pakować pieczarki, sprzątać magazyny, opiekować się podstarzałymi obywatelami sytej starej Europy. Przynajmniej starczy na waciki.
Trwa ładowanie komentarzy...